Aktualności

Potrzebne 3 motocykle

Posted on Updated on

Ludzie, którym pomagamy, rzadko mieszkają w miastach, w których są dobre drogi i bezproblemowy dojazd. Najczęściej pomocy potrzebują ci, mieszkający na wsiach lub w głębokim buszu, gdzie dojazd jest możliwy jedynie motorem. Kiedy odwiedzamy naszych podopiecznych, wynajmujemy taksówki motorowe zwane boda-boda. Widzimy jednak, że jest to rozwiązanie dość kosztowne i mające pewne ograniczenia i dlatego zwracamy się do Was 🙂 

Bardzo ułatwiłyby nam pracę 3 motory, które byłyby własnością fundacji „Gate of Hope” i z których mogliby korzystać pracownicy podczas wizyt u potrzebujących. Musielibyśmy płacić wtedy tylko za paliwo, a środki zaoszczędzone w ten sposób, można byłoby przeznaczyć na inne potrzeby, których widzimy tutaj masę na każdym kroku. Koszt jednego motoru to ok. 4,5 tysiąca złotych. Jeżeli macie na sercu w ten sposób nas wesprzeć i ułatwić nam pracę, bardzo prosimy o wpłaty na konto

Wielkopolskie Stowarzyszenie Edukacyjne
Os. Wichrowe Wzgórze 10/17
61-674 Poznań
58 1020 4027 0000 1902 0473 7880

z tytułem „GATE OF HOPE (motocykle do pracy misyjnej)”.

Bardzo dziękujemy 🙂

Mała dziewczynka – duży problem

Posted on Updated on

Nie ma nic gorszego dla matki niż bezsilne patrzenie na chorobę dziecka.

Co robimy, kiedy nasze dziecko jest chore? W normalnych warunkach (czyli do marca 2020) dzwoniliśmy do ośrodka i umawialiśmy się na wizytę (teraz sprawa się trochę skomplikowała, ale chodzi o ideę). Dostawaliśmy receptę, szliśmy do apteki, żeby wykupić leki, podawaliśmy je dziecku i tyle. Jeśli sprawa była bardziej skomplikowana i wymagała dalszych konsultacji, dostawaliśmy skierowanie i diagnozowaliśmy dziecko dalej (po dłuższym lub krótszym oczekiwaniu, ale jednak do diagnozy dochodziło). Potem dziecko było leczone, czasami nawet operowane. Jeśli leczenie było za granicą i okropnie drogie, uruchamialiśmy wszystkie możliwe kontakty, media społecznościowe, organizowaliśmy eventy, licytacje i przeróżne zbiórki pieniędzy – przecież chodzi o zdrowie i życie naszego dziecka! Robimy ABSOLUTNIE WSZYSTKO.

A co, jeśli ABSOLUTNIE WSZYSTKO = NIC? I to wcale nie dlatego, że lekarze nie wiedzą, jak leczyć, bo przypadek jest tak trudny, że nie umieją sobie z nim poradzić i rozkładają ręce… Ani też nie z tego powodu nie robisz nic, że po prostu ci się nie chce i nie interesuje cię los twojego dziecka. Od dawna wiesz, że coś jest nie tak i trzeba iść do lekarza, ale:

  1. mieszkasz w wiosce, która od lekarza jest oddalona kilkadziesiąt kilometrów (OK, można jakoś dojechać, w najgorszym razie wziąć dziecko na plecy i przejść),
  2. służba zdrowia jest w 100% płatna – nikt cię nie przyjmie, jak pokażesz dowód czy kartę NFZ, a nie masz pieniędzy,
  3. nie masz pieniędzy, ponieważ nie pracujesz nie dlatego, że czekasz na socjal (bo tam, gdzie żyjesz socjal nie istnieje), ale jesteś samotną matką z kilkorgiem dzieci i nie masz opiekunki, która zajmie się nimi, kiedy ty pracujesz,
  4. nie możesz pracować również wtedy, kiedy dzieci są w szkole/ przedszkolu, bo nie masz pieniędzy, żeby je tam posłać – tak, wszystkie szkoły i przedszkola też są płatne,
  5. jedyne, co znajdujesz, to kopanie na polach sąsiadów za 5 zł dziennie lub za trochę jedzenia,
  6. nie masz znajomych, do których pójdziesz pożyczyć pieniądze na tę wizytę u lekarza, bo oni w życiu takich pieniędzy na oczy nie widzieli, a może nawet nie pomyśleli, że tyle można mieć,
  7. nie masz kontaktów na facebooku, do których piszesz o dramatycznej sytuacji, bo nie masz facebooka, internetu ani nawet telefonu…

Co więc robisz??? Przez 5 lat patrzysz na cierpienie swojego dziecka i myślisz, że nie możesz zrobić nic, żeby mu pomóc. 

Poniżej filmik o 5-letniej Agnes i jej mamie. 

Dziewczynka nigdy nie była u lekarza. A może tę narośl da się operować i Agnes będzie mogła normalnie żyć – bez wytykania palcami… Ale to kosztuje… A mama Agnes nie ma pieniędzy…

Jeśli ktoś chciałby dać Agnes szansę na diagnozę, prosimy o wpłaty na konto

Wielkopolskie Stowarzyszenie Edukacyjne
Os. Wichrowe Wzgórze 10/17
61-674 Poznań
58 1020 4027 0000 1902 0473 7880

z tytułem: „LECZENIE AGNES”.

Bardzo dziękujemy 🙂

Jeśli narzekasz, że ciągle w życiu masz pod górkę, przeczytaj tę historię

Posted on Updated on

My, Polacy, mamy wyjątkową tendencję do bycia niezadowolonymi. Bez względu na to, co dzieje się w naszym życiu – zawsze mogło być lepiej. Rzadko doceniamy, za to często – narzekamy.

Czasami poznajemy wstrząsającą historię kogoś innego i na chwilę jesteśmy wdzięczni za to, co mamy. Ale tylko na chwilę. Może poniższa historia życia Ninsiimy Mercy nie tylko na długo pozostawi nas wdzięcznymi, ale skłoni do pomocy kobiecie, której naprawdę życie nie oszczędzało.

NINSIIMA MERCY została sierotą w wieku 3 lat (wtedy umarła jej mama, wcześniej – tata). Razem z rodzeństwem zamieszkała u ciotki, która była biedną kobietą. Często brakowało pieniędzy na jedzenie, a także ciężko jej było opłacić szkołę dla czworga dzieci. Mercy i jej rodzeństwo regularnie było odsyłane do domu ze szkoły ze względu na problemy z opłatami. Dzieci pracowały więc na polach sąsiadów, żeby zarobić na czesne i móc chodzić do szkoły. Mercy udało się skończyć szóstą klasę podstawówki i na tym zakończyła się jej edukacja, bo wtedy ciotka zmarła. Przygarnęła ich sąsiadka. Wszystko, co Mercy pamięta z tego czasu, to to, że cały czas była głodna. Po pewnym czasie dzieci odeszły od sąsiadki, bo znalazły wujka. Niestety i tam długo nie mieszkały, bo po pół roku wujek zmarł i znowu zostały same… Błąkały się po okolicy i prosiły ludzi o jakąś pracę – za jedzenie. Po jakimś czasie znalazła się kolejna ciotka, która wzięła ich do siebie. Niestety, nadzieje dzieci na lepsze życie były płonne – ciotka znęcała się psychicznie i fizycznie nad nimi i mimo ich pracy w jej polu, nie dawała im jeść. W końcu ich wyrzuciła. Wtedy rodzeństwo się rozdzieliło i każdy poszedł w swoją stronę…

Mercy, z resztkami nadziei na lepsze życie, wyjechała do stolicy. Szukała pracy, ale nie miała co jeść, ani gdzie mieszkać. Spała na ulicy. W końcu znalazła kobietę, u której pracowała przez 1,5 roku za dach nad głową. A potem przyjęto ją do firmy, która produkowała papierowe torby. Mercy zarabiała 15 tysięcy szylingów (ok. 20 zł!) miesięcznie. Szefowa zaufała jej na tyle, że powierzyła jej opiekę nad wnuczką. Do obowiązków Mercy należało m.in. odprowadzanie i przyprowadzanie dziewczynki ze szkoły. Któregoś dnia, kiedy wracała do domu, odprowadziwszy podopieczną do szkoły, potrącił ją samochód. Wskutek wypadku amputowano jej nogę. Spędziła w szpitalu kilka miesięcy zupełnie sama – nie odwiedził jej nikt. Przed te miesiące nie mogła nawet zmienić ubrania, bo po prostu nie miała innego na zmianę…

Zapaliło się światełko nadziei w jej życiu, kiedy ktoś podarował jej protezę nogi. W szpitalu nauczyła się na niej chodzić i kiedy była gotowa na opuszczenie szpitala, udała się do swojej szefowej. Ta wyrzuciła Mercy, twierdząc, że ktoś bez nogi nie może dla niej pracować. Załamana dziewczyna, nie mając gdzie pójść, wróciła do szpitala, błagając o pomoc. Potem poszła do kobiety, od której dostała protezę, ale niestety, ona również nie miała dla niej pracy. Pozwoliła jej jednak zatrzymać się w swoim niewykończonym domu – bez drzwi i okien. Kolejny raz Mercy miała zaczynać nową walkę o siebie. Wtedy w nocy do domu wtargnął jakiś mężczyzna i ją zgwałcił. Jej wola walki się skończyła. Nie umiała sobie z tym poradzić – chciała popełnić samobójstwo. Okazało się jednak, że jest w ciąży. Kobieta, w której domu mieszkała, poradziła jej, żeby wróciła do krewnych. Mercy nie miała do kogo wrócić, bo z nikim z rodziny nie utrzymywała kontaktów. Tułała się po Kampali, czekając na śmierć…

Wtedy rozpoznał ją ktoś z jej wioski i zawiózł do kuzynki. Miała dach nad głową, ale był to wspólny pokój z kuzynką i jej mężem. Sytuacja była niezręczna, a kuzynka bardzo źle traktowała Mercy i w końcu po pewnym czasie odprawiła ją. Mercy nie miała jednak dokąd pójść… Nie miała innych krewnych, rodziców, przyjaciół, nikogo, kto podałby jej pomocną dłoń. Znowu była sama – na ulicy… Chodziła i płakała. Spotkała człowieka, który wysłuchał jej smutnej opowieści i wynajął dla niej pokój na 3 miesiące. Przynosił jej jedzenie i o nią dbał. Niestety po kilku tygodniach ta odrobina stabilizacji się skończyła. Człowiek, który jej pomagał, dostał pracę w Kampali i wyjechał. Na domiar złego proteza Mercy się złamała. Kobieta straciła resztki nadziei. Nie mogła pracować bez protezy, rosły zaległości w opłatach za czynsz, ona i dziecko nie mieli co jeść. Nie miała siły już walczyć. Piła tylko wodę i spała. W letargu poprosiła Boga o pomoc.

Usłyszeliśmy historię Mercy i zdecydowaliśmy się Wam tutaj o niej opowiedzieć. Wierzymy, że z Waszą pomocą uda się zgromadzić środki na zaopatrzenie Mercy w niezbędne rzeczy i jedzenie oraz zakupimy jej protezę (koszt około 2-3 tys. zł). Dla Mercy i jej dziecka będzie to prawdziwy cud, a dla nas wszystkich radość z możliwości pomocy komuś w potrzebie. Możemy też okazać wdzięczność Bogu za to, co mamy i otworzyć serca na ubogich w Ugandzie.

Jeżeli chcecie pomóc Mercy „stanąć na nogi”, prosimy o wpłaty na konto:

Wielkopolskie Stowarzyszenie Edukacyjne
Os. Wichrowe Wzgórze 10/17
61-674 Poznań
58 1020 4027 0000 1902 0473 7880

z tytułem: „POMOC DLA NINSIIMY MERCY”. 

Serdecznie dziękujemy.

Otwarcie kościołów

Posted on Updated on

Prezydent Ugandy zniósł już wiele obostrzeń kwarantanny. Niektóre kościoły wkrótce będą mogły wznowić ponownie nabożeństwa po 6 miesiącach. Niestety, widząc obecne realia ludzi, spodziewamy się, że do końca roku około 60% społeczności wierzących nadal nie będzie stać na obowiązkowe „covidowe” dostosowania, jak np. posiadanie bezdotykowych termometrów, przenośnych zbiorników do mycia rąk, plastikowych krzeseł, płynów dezynfekcyjnych, itd. Minimalny koszt takiego dostosowania to około 900 zł, co jest ogromnym wydatkiem dla większości kościołów, gdzie niedzielna kolekta wynosi równowartość około 10-30 zł.
Chcielibyśmy pomóc w jakiejś mierze i podarować takim kościołom (składającym się z ubogich wierzących) termometry bezdotykowe (cena 230.000 szylingów = około 250 zł). Zachęcamy do włączenia się w tę zbiórkę z dopiskiem: „Działalność charytatywna w Ugandzie”. Dziękujemy!

Gorret Kugonza Amooti – kobieta niezwykła

Posted on Updated on

W Ugandzie, tak jak i w Polsce, są ludzie, którzy idą przez życie, skupiając się na rozwiązywaniu własnych problemów. Ale jak się dobrze poszuka, można znaleźć również takich, którzy całym swoim życiem służą innym. Do takich właśnie niezwykłych ludzi należy Gorret Kugonza Amooti. Będąc w Ugandzie, miałam ogromny przywilej ją poznać 🙂

W wiosce Misandika znajduje się przedszkole i szkoła podstawowa, w której uczy się ponad 200 dzieci oraz internat, który dla części dzieciaków jest sierocińcem, bo nie mają się gdzie podziać. Prowadzi je Gorret. Ludzie przyprowadzają do niej dzieci wyrzucone z domu, sieroty źle traktowane przez krewnych albo po prostu Bóg ją posyła do jakiejś wioski z informacją, że jest tam dziecko, które potrzebuje jej pomocy i daje jej dokładny opis, jak dziecko wygląda. Niesamowite!

Oprowadzając nas po terenie całego ośrodka, Gorret pokazała nam m.in. kuchnię, w której siedziała drobniuteńka kobieta, Katusabe Maureen. Jakiś czas temu zmarł jej mąż, więc przeprowadziła się z czwórką dzieci do swoich rodziców. Po 3 miesiącach ojciec ją wyrzucił, bo i córka i wnuki mu przeszkadzały. Kobieta nie miała dokąd pójść. Przygarnęła ją Gorret, dała im miejsce do spania, dzieci chodzą do przedszkola i szkoły, a Maureen pomaga w kuchni. Swoją opowieść Gorret zakończyła słowami: „Tutaj nikomu nie będą przeszkadzać, bo tutaj jest miejsce dla każdego, kto go potrzebuje.”. To właśnie cała Gorret.

Gorret w swojej służbie nie może liczyć na wsparcie ze strony państwa, bo ono nie troszczy się o tego typu instytucje. Ugandyjski standard: potrzeba goni potrzebę, nie przybywa pieniędzy, ale za to ciągle przybywa potrzebujących. Pomagają m.in. Polacy poprzez organizację „Gate of Hope”. Gorret musi być bardzo przedsiębiorcza, aby podołać wielu wyzwaniom finansowym. Chciałaby założyć sklep i salon fryzjerski, które pozwoliłyby na częściowe finansowanie potrzeb domu dziecka i szkoły. Na realizację tego przedsięwzięcia potrzebuje ok. 12 tysięcy zł. Chcielibyśmy – z Waszym udziałem – wspomóc ten projekt 🙂 Jeżeli macie ochotę dołożyć swoją cegiełkę do realizacji pomysłu Gorret, prosimy o wpłaty na konto:

Wielkopolskie Stowarzyszenie Edukacyjne
Os. Wichrowe Wzgórze 10/17
61-674 Poznań
58 1020 4027 0000 1902 0473 7880

z tytułem „WSPARCIE GORRET KUGONZA W UGANDZIE”.

Bardzo dziękujemy,

Tatiana Rosińska.

„Mam syna, z którym się jeszcze nie spotkałem…”

Posted on Updated on

Czym jest „Adopcja na odległość”?

Na czym formalnie polega, pod kątem organizacyjnym, opisujemy TUTAJ. Jednak, jeśli chcecie przeczytać czym jest dla kogoś, kto stoi po drugiej stronie, Macieja Mazurka, który wraz z żoną podjął się zostania „rodzicem na odległość”, bardzo polecamy 🙂

Mam syna, z którym się jeszcze nie spotkałem

Pomoc medyczna dla ubogich

Posted on Updated on

Ostatnie tygodnie przyniosły dużo dobrych wiadomości: kilkoro kolejnych dzieci i dorosłych mogło przejść badania, operacje i otrzymać leki, dzięki pomocy, którą darczyńcy z Polski przesyłają.

Każda z tych historii jest przejmująca, ale jednak kończą się pozytywnie przez możliwość uzyskania leczenia. Nie możemy pomóc wszystkim, ale przecież KOMUŚ wspólnie możemy pomóc!

Opieka medyczna jest w Ugandzie pełnopłatna. Kiedy ktoś nie ma pieniędzy, żyje w bólu, kalectwie i ograniczeniach, jak ta pani, która od 7 lat nie chodziła do toalety, ale załatwiała się przez dziurę w brzuchu.

Trudno sobie wyobrazić ból i upokorzenie, w jakich żyła. Rodzina i sąsiedzi się od niej odwrócili z obrzydzeniem. Jednak Bóg jej nie zapomniał i przysłał Polaków, którzy sfinansowali jej leczenie. Radość tej kobiety z możliwości pójścia do toalety po 7 latach była przeogromna.

Nadal jest wiele osób oczekujących na leczenie i operację. Jeśli ktoś ma pragnienie ulżyć komuś w Ugandzie w cierpieniu, to prosimy o wpłaty z dopiskiem LECZENIE UBOGICH W UGANDZIE

Na ratunek powodzianom w Ntoroko

Posted on Updated on

Wasze darowizny umożliwiły pomoc dla powodzian w Ntoroko. Zakupiliśmy 30 plandek na tymczasowe domostwa dla 30 rodzin, które utraciły dach nad głową. Ludzie koczują, stłoczeni w szkołach lub kościołach. Stracili dorobek życia. Potrzebują koców, moskitier, żywności, itp. Razem możemy odnowić ich nadzieję i okazać praktyczną miłość.

2Kor 9:12-14: „Posługiwanie bowiem tej sprawie społecznej nie tylko uzupełnia to, na co nie stać świętych, lecz obfituje w liczne dziękczynienia składane Bogu. Ci, którzy oddają się tej posłudze, wielbią Boga za to, żeście posłuszni w wyznawaniu Ewangelii Chrystusa, a w prostocie stanowicie jedno z nimi i ze wszystkimi. A w swych modlitwach za was okazują wam miłość z powodu przebogatej w Was łaski Boga.”

Jeśli ktoś chciałby wesprzeć powodzian, prosimy o wpłaty na nasze konto z dopiskiem POMOC DLA POWODZIAN W UGANDZIE. Bardzo dziękujemy.

NR KONTA:

Wielkopolskie Stowarzyszenie Edukacyjne
Os. Wichrowe Wzgórze 10/17
61-674 Poznań
58 1020 4027 0000 1902 0473 7880

Happy – po polsku „szczęśliwy”

Posted on Updated on

Mężczyzna o imionach ALINAITWE HAPPY przyszedł do nas w kwietniu podczas rozdawania paczek dla kierowców boda-boda. Powiedział: „Przyszedłem błagać o jedzenie i pomoc.”… Podczas rozmowy dowiedzieliśmy się, że mężczyzna stracił rodziców jako niemowlę i nigdy nie chodził do szkoły – jako kilkulatek musiał sam troszczyć się o siebie. Przed pandemią robił chapati (rodzaj ugandyjskich placków podobnych do naleśników) i sprzedawał je komuś, kto prowadził gastronomię. Teraz jednak jest to zabronione, a więc stracił jedyne źródło utrzymania swojej rodziny (ma żonę i córeczkę). Ich sytuacja jest bardzo trudna – jedzą tylko to, co uda im się zdobyć od innych. Nie mają ani kawałka ziemi, którą mogliby uprawiać. Mieszkają w wynajmowanym pokoju, za który nie są w stanie zapłacić już od 3 miesięcy 80 tys. szylingów (około 90 zł).

Happy chciałby prowadzić własną gastronomię, natomiast jego żona jest fryzjerką i marzy o zakładzie fryzjerskim. Niestety, do tej pory nie udało im się zrealizować tych marzeń – główną przeszkodą jest brak pieniędzy. Nie jest to jednak jedyny problem…

Kilka lat temu, podczas gry w piłkę nożną, Happy miał kontuzję. Spędził 3 miesiące w szpitalu, ale nie wyleczono go. Od tamtej pory ten guz na nodze powiększa się i boli. Na operację jego wycięcia potrzeba co najmniej 6 milionów szylingów (około 7 tysięcy zł), których ani on, ani jego rodzina nie ma. Oczywiście daliśmy mu zapas jedzenia, ale nie mamy takich pieniędzy, by opłacić operację i leczenie. Może kogoś z Was poruszy ta potrzeba i przekaże pieniądze na jego leczenie?

Bardzo prosimy o wpłaty na nasze konto z dopiskiem LECZENIE UBOGICH W UGANDZIE – ALINAITWE HAPPY. Razem możemy pomóc sprawić, żeby Happy żył bez bólu, mógł normalnie pracować i nie martwił się o zaspokojenie podstawowych potrzeb swojej rodziny – po prostu BYŁ SZCZĘŚLIWY.

Wsparcie sponsorowanych dzieci i ich rodzin

Posted on Updated on

Rozpoczęliśmy kolejny etap pomocy rodzinom dzieci sponsorowanych w ramach projektu „Adopcja na odległość”. Ponieważ dzieci nadal nie mogą chodzić do szkoły, pieniądze wpłacane przez Was przeznaczamy obecnie na celową pomoc im i ich rodzinom.

Podczas poprzednich wizyt, kiedy rozwoziliśmy im żywność, nasi pracownicy zauważyli, że ogromna większość dzieci nie ma łóżka – śpią albo na macie na klepisku, albo na starym cienkim materacu. Bardzo często nie mają moskitier, przez co częściej chorują na malarię. Zaopatrujemy je więc w łóżka, nowe materace, koce, pościel, moskitiery i inne potrzebne rzeczy. Zawozimy oczywiście też zapas żywności.

Ponieważ dzieci mieszkają na wsiach, niektóre w miejscach, gdzie nie da się dojechać samochodem, wymaga to pewnej pomysłowości. Ale nasi pracownicy dają radę 🙂